czwartek, 4 sierpnia 2011

XLIV - Pierwsza opowieść rowerowa

    Cel wakacji, wjazd na Dylewską Górę, poprzedzało pięć morderczych dni treningu. Teraz sam nie wiem po co. Dylewska Góra, a właściwie Dylewski Pagórek, to trasa praktycznie rodzinna... jeśli rodzina lubi i umie jeździć na rowerze.
    Wstałem o 10, szybkie śniadanie, wyjazd. Pogoda: idealna. Przez miasto przejechałem za autobusem, do teraz nie wiem czy gorąco biło od autobusu, czy po prostu było gorąco. Ah, zapomniałem napisać skąd wyjechałem. Wybrałem Ostródę, może dlatego, że tutaj zaczynają się Wzgórza Dylewskie, a może dlatego, że spędzałem tam dwa tygodnie kanikuły.
    Pierwsza wieś: Kajkowo. Już tutaj zaczyna się podjazd, wg Google Earth niekończący się aż do Dylewskiej Góry. Tego się właśnie obawiałem. Wniosek: Błażej to panikarz, zbytnio ufający programom komputerowym. większą część czasu było z górki (to kiedy pokonam te 200 metrów w górę? o zgrozo!). Aż nagle... Wow, podjazd, który prawie mnie wykończył. Zróbcie wszystko by ominąć Lichtajny, taka moja rada. Potem szaleńczy zjazd do Kraplewa. Miejscowość ze wzgórza prezentuje się zachwycająco. Mała ulicówka wzdłuż jeziora. Pozory mylą. Skręcam na Dziadyk.
    Tu znowu z górki, czyżbym tylko odnosił takie wrażenie? W Dziadyku zrobiłem sobie pierwszą przerwę, między innymi po to, by obejrzeć stary cmentarz. Z cmentarza widać kilka krów i... góralski domek ;D
    Na liczniku już blisko 20 kilometrów. Dojechałem do Rynu (czyżby nie ten kierunek? Ryn jest pod Giżyckiem :/ )W Rynie w prawo. Wiecie, asfalt, nawet jeśli dziurawy, to błogosławieństwo. Bo od Rynu nie było asfaltu. Był bruk. Eh, jeśli ktoś podjeżdżał pod górę po bruku, to wie jak trudne to jest. Chcesz podjechać szybko, bo trzęsie, ale im szybciej kręcisz korbami, tym wolniej jedziesz, bo koło podskakuje tak bardzo, że nie ma kontaktu z podłożem. A wokół las, zatrzymać się nie radzę, bo komary potną... aaa, swędzi.   Już lepiej, zdecydowanie. Do celu coraz to bliżej, a wciąż w dół.
   Ale co to? Kolejna wieś? Tak szybko? Szybkie luknięcie na Locago w komórce, wskazuje Rudno. Ale tabliczka mówi Pietrzwałd. Lepiej wierzyć rzeczywistości. Drugi raz tego dnia, elektronika mnie oszukała.
    Skręcam w lewo. Odnalazłem te 200 metrów pod górkę. Po 20 minutach podjazdu z prędkością 15-17 km/h zobaczyłem wieżę z antenami. "Chwila, przecież nie ustawialiby jej na niższym wzgórzu. To musi być Dylewska Góra!" Takiego wyrzutu adrenaliny rzadko kiedy dostaję. Pod taki am procent podjazdu jechałem w granicach 30 km/h.
    Wysoka Wieś! Udało się! "Po czym poznać Wysoką Wieś? Po zgubionych Warszawiakach..." Coś w tym jest, bo nikt do Hotelu Ireny Eris trafić nie może. W Wysokiej Wsi chyba ze trzech na rejestracjach WW, zatrzymało się i pytało o drogę. Czyżby ich także nawigacja oszukiwała?
   W lewo, potem podjazd cross-country i jest! Jest Dylewska Góra! Endorfiny uderzyły do głowy. Teraz tylko zjazd. Pierwsze 2 kilometry zjazdu pokonałem w dwie i pół minuty. Oł jea!
    Pamiętając o bruko-potworze pomiędzy Rynem a Pietrzwałdem, postanowiłem pojechać do Napromu, a stamtąd pojechać przez Rudno i Brzydowo do Ostródy. BŁĄD! Drogę do Rudna obsypałem ogromną garścią neologizmów, zbudowanych z niezbyt cenzuralnych słów. Chwała Bogu, potem było lepiej.
Brzydowo to dziwna wieś. Duża, ale taka... pusta, opuszczona. Przejechałem jej 3 kilometry i widział mnie tylko jeden bocian i nagi motocyklista. Tego obrazu nie zapomnę do końca życia.
     Następnie Lichtajny i dom. Moje nogi nadają się jedynie do amputacji. Na pewno, nie do ruszania nimi :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz